Wczoraj pisałam Wam o moich planach, dzisiaj wprowadziłam je w życie.
Co o bezbarwnej hennie pisze producent i jakie są opinie na jej temat możecie poczytać na KWC lub pogrzebać w sieci - jak się człowiek już zainteresuje, to okazuje się, że pełno jej wszędzie.
Ja podzielę się z Wami obrazkami z mojej przygody z Cassią - będzie ich dużo, lola.. jola... lojalnie uprzedzam!
Czego potrzebujemy?
- 100g pudełeczko henny
(myślę, że na moje długie, ale cienkie, włosy wystarczyłoby ok. 80g)
- 6 cytryn
(1szt. zostawiamy na po_12_godzinach)
- komunistyczną lub kapitalistyczną wyciskarkę do cytrusów
(albo własne ręce, jeśli mamy parę w palach lub/i gdy chcemy przy okazji nacytrynować sobie paznokcie)
- mieszadełko
(ja wybrałam takie drewniane furkadełko - ktoś wie jak to się zwie fachowo?)
- pojemnik/miskę
(w którym wymieszamy i przenocujemy hennę)
- papierowe ręczniki
(żeby ogarnąć ufafluniony blat kuchenny oraz siebie)
- foliowe/gumowe rękawiczki, czepek, czapkę
(celem nałożenia, ochrony i ogrzewania - wiadomo)
- foliowe/gumowe rękawiczki, czepek, czapkę
(celem nałożenia, ochrony i ogrzewania - wiadomo)

